
Nazywam się Mateusz i mam 34 lata. Prywatnie jestem ojcem dwóch uroczych dziewczynek – Laury i Nadii. Wspólnie uwielbiamy podróżować, zwiedzać różne, ciekawe miejsca oraz kolekcjonować pamiątki. W wolnych chwilach, w ramach relaksu, lubię obejrzeć ciekawy film i posłuchać dobrej muzyki. Jestem także wielkim miłośnikiem amerykańskich (i nie tylko) seriali. Interesuję się również sportem, w tym piłką nożną, tenisem i Formułą 1. Ostanio moim hobby stała się także dietetyka i zdrowe odżywianie. Pozwólcie, że opowiem Wam swoją „słodką” historię.
Usiądźcie wygodnie. Czyli niewinny początek
Z zawodu jestem informatykiem co, jak możecie przypuszczać, powoduje że prowadzę w większości „siedzący” tryb życia. Godziny wpatrywania się w ekran laptopa, brak konieczności ruszania się z miejsca, ogólnie mało ruchu. Nie powiem – bardzo lubię sport – piłkę nożną, siatkówkę, tenis, lecz niestety po dniu pracy, po spełnieniu obowiązków domowych, mam na niego bardzo mało czasu lub po prostu… nie mam siły. Połączenie takiego sposobu bycia z wszechobecnymi lokalami serwującymi szybkie (i niestety smaczne) jedzenie spowodowało, że zacząłem przybierać na wadze i źle czuć się we własnym ciele – zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
Gdy sporo przeszedłeś, a jesteś w tym samym miejscu
Bezskutecznie próbowałem zrzucić nadmiar kilogramów oraz poprawić sylwetkę i samopoczuczucie. Oczywiście tak na dłuższą metę, bo krótkoterminowo odnosiłem pewne „sukcesy”. Dieta Śródziemnomorska, Dukana, niskotłuszczowa… Próbowałem chyba wszystkiego. Odchudzanie najprostszą metodą, zwaną „MŻ” (dla niewtajemniczonych – „mniej żreć”) spowodowało, że pozbyłem się aż 30 kilogramów. Z opowieści rodziny i znajomych
wiem jednak, że wyglądałem wtedy bardzo źle – blady, zmęczony, a moje ciało było dalekie od ideału, gdyż tym sposobem pozdbyłem się głównie mięśni, a nie tego, czego wszyscy pragną – tłuszczu. Ponadto spowolniony metabolizm spowodował, że zwiększając z czasem porcje jedzenia, szybko nadrobiłem zgubione kilogramy i wróciłem do dawnej wagi.
Ugotowany na szybko
Patrząc na swoje życie z perspektywy czasu, dostrzegam ogrom błędów, które popełniałem. Od najmłodszych lat byłem wielkim pasjonatem zupek chińskich oraz innych dań instant. Jako dziecko myślałem, że nic mi nie grozi. Zawsze byłem chudy jak przysłowiowy patyk, dużo się ruszałem, także nie liczyłem kalorii. No a poza tym, to „najpierw masa, potem rzeźba”, prawda? Kto z nas, w dzieciństwie, jeszcze przy braku dostępności do informacji (wychowywałem się w czasach kiedy nie było jeszcze w Polsce internetu), wiedział co to są trifosforany, glutaminian sodu czy choćby tłuszcze utwardzone. Smakowało wybornie. Na sucho, zalane wrzątkiem, z makaronem połamanym, całym… ponadto dawało uczucie sytości. Czego chcieć więcej od gotowego dania za niecałą złotówkę? Na początku jedna zupka, w ramach obiadu, wystarczała.
Potem były dwie, a z czasem nawet trzy(!). W miarę upływu czasu, gdy producenci prześcigali się w gotowych daniach na bazie „makaronów”, czy „ryżu”, które musiałem spróbować, które uwielbiałem, ani się spostrzegłem, a centymetrów w pasie przybywało, kilogramów na wadze również. Do chemii, którą się odżywiałem, doszły w późniejszym czasie hamburgery, cheesburgery. Najpierw pojedyńcze, potem podwójne. Z czasem zagościły w moim menu całe zestawy, popijane oczywiście hektolitrami słodzonych, gazowanych napojów. W drodze do pracy wrap z jajecznicą, w drodze powrotnej 2 hot-dogi lub kebab. Tanio, szybko, smacznie. Oczywiście nie mówię, że odżywiałem się tak na codzień, tylko od czasu do czasu, tak jak inni, „tak jak wszyscy”. Słyszało się, że fast food’y są złe no ale ile złego może wyrządzić jeden cheesburger, bądź jeden kebab? Jeszcze w ramach obiadu czy kolacji…
Pokusy rodzicielstwa
Muszę Wam powiedzieć, że bycie rodzicem także nie należy do najłatwiejszych zadań, jeśli człowiek pragnie pilnować swojej wagi. Od dziecka byłem uczony szacunku do jedzenia, aby jak najmniej wyrzucać, starać się niczego nie marnować. Pokusa czycha tutaj na każdym kroku, no bo jak przejść obojętnie obok talerza i dwóch kotletów, których nie zjadły, które zostawiły dzieci? Wyrzucić?! Resztka spaghetti…? „No przecież zmieszczę jeszcze tę odrobinę”. Swoje dokładają też mamy, które bardzo często lubią używać sformułowania „Nie chcesz już? To daj tacie”.
Niestety same także mają pokusy, głównie jednak ze słodyczami. Być może są nawet w gorszej sytuacji, bo apetyt na dodatkowe kalorie pojawia się już od pierwszych miesięcy życia dziecka – łyżeczka, dwie kaszki, kiedy indziej deserek, owoce w słoiczku, a z czasem cukierki i ciasteczka.
Prawdziwa słodycz kryje się w środku!
Jak dobrze, że nigdy nie przepadałem za słodyczami! Gdybym do każdej kawy serwował sobie jeszcze ciastko lub podjadał cukierki bądź czekoladę, nie wiem jak bym wyglądał i ile bym ważył. Na szczęście nigdy nie ciagnęło mnie do cukru, nawet tego w owocach. Jak się jednak później dowiedziałem, co sobie uświadomiłem, cukier nie zawsze ma biały kolor i wcale nie musi być słodki. Jest to niestety największa pułapka, podstęp, który spowodował wzrost epidemii otyłości, nawet wśród dzieci, zasadzka przez którą coraz więcej osób choruje na cukrzycę lub ma stan przedcukrzycowy albo zespół metaboliczny, co z kolei powoduje kolejne problemy zdrowotne.

Niestety brak świadomości zagrożenia i błędne przekonanie, że to co nie jest słodkie jest OK, spowodowały, że sam wpadłem w sidła nadwagi. Długo starałem się uwolnić od zbędnych kilogramów. Podejmowałem wiele prób poprawy sylwetki – od siłowni, poprzez różnego rodzaju suplementy, na rozmaitych dietach kończąc. W końcu się jednak udało! Dlatego teraz chciałbym pomóc także Tobie!
Najnowsze komentarze